Tytuł notki majstersztyk, nie? Strasznie mi się spodobał, jest z piosenki oczywiście. Dzisiaj se kupiłem w saturnie, dwupłytowy album Marillionu za jedyne 36.90 zyli, nie sposób zaprzepaścić takiej okazji.
Zaczynam rozumieć uzależnienie mojego brata od promocyjnych zakupów płyt w sieciowych elektromarketach. Ja do tej pory wolałem ekscytację zagranicznymi tekturowymi kopertami i taniość paru funciaków, za które można było kupować płyty w UK. Ale kryzys finansów państwa mareckiego zmusił mnie do oszczędności i zmian w bilansie handlu zagranicznego. Enyłej wracam powoli do formy, jest w saturnie wiele płyt za 19.90, których pożądam, a insze mogę znaleźć na melinie (urocza literówka, nie poprawiam) i na allegro. Już idzie do mnie składanka Bowiego i Amused to death Watersa, do zakupu którego zainspirowały mnie me badanie lekarskie.
Chociaż nie o muzyce chciałem jebnąć. Muzyki w sumie mało słucham ostatnio, raczej audiobuka z listami Osieckiej i Przybory albo rozmówek włoskich w kółko za kółkiem.
O badaniach może napomknąć, żem zdrowy. Raka płuc w promieniach iks nie znaleziono, kiły ani hifa nie mam, ani zapalenia wątroby, mocz mój mogliby umieścić w Sevres pod Paryżem, a krew jak u dwudziestolatka.
Psychicznie za to ciężkie walki się toczą. Na polu psychoterapii. Ile to już tygodni, trzy, cztery? Mam wrażenie, że zaczynam rozumieć, co miała na myśli megaKaśka, mówiąc o tym, jak to boli i o tym, jaką silną relację buduje się z terapeutą. Z tym bólem to trochę tak jak z wyskubkami przy paznokciu - niby skubanie boli, ale jakie przyjemne.
Ale jak tu pokonać lęk przed zaangażowaniem, kiedy codziennie widzę któregoś z sąsiadów, jak zażywa samotności w aucie na parkingu pod blokiem, zużywając drogie paliwo i zatruwając naszą globalnie ocieploną atmosferę tylko po to, żeby się trochę ogrzać w te straszne mrozy.
Swoją drogą to mam takie przemyślenia: albo pod moim blokiem przebiega jakaś żyła wodna, która zakłóca dobre stosunki między małżonkami, albo w moim bloku są wyjątkowo małe mieszkania, że gnębiony małżonek nie ma się gdzie ukryć i wychodzi se do auta.
Smutne to i straszne. Gdybym pił, to bym zaprosił sąsiada na piwo. Albo bym nie zaprosił. Bo wiadomo, ile by siedział? Może by u mnie zamieszkał?
Jutro służbowa podróż na południowy zachód, dwa dni, a jak Bóg da to piątek w Krakowie i weekend takoż. Jednakoż raczej nie da. Weekend któryś, daj Boże zimowy, marzy mi się spędzić w Bieszczadach. Żeby inwersja jeszcze była i żeby zobaczyć te sławne Tatry z Wetlińskiej.