środa, 22 lutego 2012

...Angielska robota...

Plany bieszczadzkie poszły w las, albowiem rozpadła się ekipa, pogoda nie zachęca do spacerów, a mnie dopadła słynna grypa żołądkowa, przez którą siedzę w domu od dwóch dni i omal nie umarłem.

Poza tym nic ciekawego.

Dla dodania dramatyzmu ujawnię zatem szokujące nagrania wyjaśniające historię Łososia Rudolfa, którego wielokrotnie odnajdowano na podłodze w różnych miejscach, mimo że powinien znajdować się na lodówce, jak przystało magnesowi. Łosoś Rudolf jest małym pluszakiem ze Skandynawii, przywiezionym przez Jaskrawych, ma w kopytach magnesy i jest oczywiście reniferem, bo łososie nie mają kopyt. Teraz mieszka wysoko na metalowej futrynie między przedpokojem a salonem i jest bezpieczny, zobaczcie dlaczego. Film jest trochę nudny, ponieważ montowałem go wczoraj złożony w łożu chorobą, ale myślę, że wystarczająco dobrze wyjaśnia, dlaczego nazywamy Gośkę tą małą kurwą.

niedziela, 19 lutego 2012

...Demolition Man...

Jebło śniegiem i w środę zamiast jechać dwie i pół godziny, jechałem pięć. I dwa dni na koszt firmy - dobre obiady, wykwintne kolacje. Na przykład ryba barramundi. Jestem jej absolutnym fanem, zawsze w drodze nad morze zatrzymywałem się we Młynie Pod Mariaszkiem, tymczasem okazuje się, że mają ją też w jednej restauracji w Częstochowie.

Weekend w Krakowie nie wypalił, bo musiałem być w Warszawie w piątek.

No i tak potem rozjebałem cały weekend, jak nie przymierzając mój ojciec ścianę działową między dużym a małym pokojem. 

Za to na przyszły weekend krystalizują się plany bieszczadzkie.

P.S. Nie idźcie na Rum Diary. Film jest tak słaby, że ostatnie trzy kwadranse oglądaliśmy w przyspieszonym tempie, żeby mieć to już za sobą. Znacznie lepszy był kolejny film z Nicolasem Cage'm, mimo że Nicolas nie zaskakuje nowymi minami.

wtorek, 14 lutego 2012

...Friendly fire in hostile waters...

Tytuł notki majstersztyk, nie? Strasznie mi się spodobał, jest z piosenki oczywiście. Dzisiaj se kupiłem w saturnie, dwupłytowy album Marillionu za jedyne 36.90 zyli, nie sposób zaprzepaścić takiej okazji.


Zaczynam rozumieć uzależnienie mojego brata od promocyjnych zakupów płyt w sieciowych elektromarketach. Ja do tej pory wolałem ekscytację zagranicznymi tekturowymi kopertami i taniość paru funciaków, za które można było kupować płyty w UK. Ale kryzys finansów państwa mareckiego zmusił mnie do oszczędności i zmian w bilansie handlu zagranicznego. Enyłej wracam powoli do formy, jest w saturnie wiele płyt za 19.90, których pożądam, a insze mogę znaleźć na melinie (urocza literówka, nie poprawiam) i na allegro. Już idzie do mnie składanka Bowiego i Amused to death Watersa, do zakupu którego zainspirowały mnie me badanie lekarskie.

Chociaż nie o muzyce chciałem jebnąć. Muzyki w sumie mało słucham ostatnio, raczej audiobuka z listami Osieckiej i Przybory albo rozmówek włoskich w kółko za kółkiem. 

O badaniach może napomknąć, żem zdrowy. Raka płuc w promieniach iks nie znaleziono, kiły ani hifa nie mam, ani zapalenia wątroby, mocz mój mogliby umieścić w Sevres pod Paryżem, a krew jak u dwudziestolatka.

Psychicznie za to ciężkie walki się toczą. Na polu psychoterapii. Ile to już tygodni, trzy, cztery? Mam wrażenie, że zaczynam rozumieć, co miała na myśli megaKaśka, mówiąc o tym, jak to boli i o tym, jaką silną relację buduje się z terapeutą. Z tym bólem to trochę tak jak z wyskubkami przy paznokciu - niby skubanie boli, ale jakie przyjemne.

Ale jak tu pokonać lęk przed zaangażowaniem, kiedy codziennie widzę któregoś z sąsiadów, jak zażywa samotności w aucie na parkingu pod blokiem, zużywając drogie paliwo i zatruwając naszą globalnie ocieploną atmosferę tylko po to, żeby się trochę ogrzać w te straszne mrozy.

Swoją drogą to mam takie przemyślenia: albo pod moim blokiem przebiega jakaś żyła wodna, która zakłóca dobre stosunki między małżonkami, albo w moim bloku są wyjątkowo małe mieszkania, że gnębiony małżonek nie ma się gdzie ukryć i wychodzi se do auta.

Smutne to i straszne. Gdybym pił, to bym zaprosił sąsiada na piwo. Albo bym nie zaprosił. Bo wiadomo, ile by siedział? Może by u mnie zamieszkał?

Jutro służbowa podróż na południowy zachód, dwa dni, a jak Bóg da to piątek w Krakowie i weekend takoż. Jednakoż raczej nie da. Weekend któryś, daj Boże zimowy, marzy mi się spędzić w Bieszczadach. Żeby inwersja jeszcze była i żeby zobaczyć te sławne Tatry z Wetlińskiej.

piątek, 10 lutego 2012

...Doctor doctor what is wrong with me...

A w zeszły czwartek wydarzenie wiekopomne: zdjęli mi odrutowanie z górnej paszczęki, w zamian dając ruchomy aparacik do seplenienia. Niektórzy umierali ze śmiechu, każąc mi powtarzać słowa typu: szczepionka, strzelec, ostrożność.

Wczoraj za to miałem usb jamy i okazuje się, że wątroba, trzustka, nerki i inne rurki oraz wnętrzności wyglądają na zdrowe.

Dzisiaj do kompletu oddałem krew na serię badań oraz dałem sobie prześwietlić mą wątłą klatę. Wszystko w ramach projektu "przegląd techniczny co 5 lat". Wyniki w poniedziałek i trochę drżę, że niechybnie mam hifa oraz raka płuc, ale jak to mówią, nic tak nie poprawia zdrowia jak dobre wyniki badań.

Nic tak za to nie poprawia nędznego nastroju, jak dwa niespodziewane i pokaźne przelewy: jeden z ubezpieczenia za nogę a drugi za premię roczną, której miałem przez tę nogę nie dostać. Pasuje do tego It's a miracle Rogera Watersa, ale zamiast tego wrzucam Amused to death:

poniedziałek, 6 lutego 2012

35

A zatem nieubłagane nadeszło. Och, jak bardzo nie mogę się pogodzić z tym, że już nie jestem młodzieżą. W życiu nie byłem taki stary! Tyle dobrego, że urodziny wypadły w weekend - było bardzo fajnie, a dziś odwiedzili mnie rodzice i brat ze szwagierką i Frankiem.

Frankowi obiecali, że będzie kotek, więc była ogromna ekscytacja. Na dzień dobry kotek jednak dał dyla pod łóżko.
- Kotek uciekł, widzisz? Zawołaj go, Franiu.
- Koteku! Chodź! 

Portret z kotekiem. Foto by Karolina.

środa, 1 lutego 2012

...Palermo shooting...

Prawdopodobnie ostatnie zdjęcie zrobione moim starym aparatem. Sobota rano, wystarczy otworzyć szufladę w poszukiwaniu czystego ręcznika i nie zamknąć jej, żeby po sekundzie szuflada została wypełniona kotem. Trochę się bałem jej tak zostawiać na weekend, żeby się nie zatrzasnęła czy coś, ale nie miałem sumienia jej wyganiać. Kot w szufladzie - to niezły tytuł na opowiadanie. Tak samo jak Kot, który bawił się makaronem. Tak czy siak Śrubka została w szufladzie, a ja pojechałem do Krakowa. Sobota tam, wieczorem kino domowe, niedziela spacer i z powrotem.

Stary dobry FinePix. Służył mi dzielnie przez siedem lat, od końca 2004 roku, kiedym go dostał od rodziców w prezencie za skończenie studiów. Dziś sfotografowany moim nowym urodzinowym Canonem, oby służył mi równie długo.

Zimno. Trzyma już chyba z tydzień i potrzyma co najmniej drugie tyle. Zawsze mi żal tych marznących na przystanku, gdy wyjeżdżam z roboty, ale że mam blisko, to nawet nie proponuję podwózki. Zawsze się zastanawiałem, czy ktoś by się skusił na taki altruizm. Ale nie. Wczoraj jechałem odebrać aparat, więc trochę dalej niż zwykle, ale nikt nie chciał się zabrać.

Wczoraj miałem dobry dzień. Z psychoterapeutą się rozkręciliśmy jak na amerykańskim filmie, bardzo dobrze nam się rozmawiało. A potem omal nie zginąłem w wypadku, odwożąc Anetkę od Jaskrawej i wracając do domu. Tak się zamyśliłem, że zawracając na skrzyżowaniu dwupasmowej Wirażowej nie poczekałem aż przejadą samochody z naprzeciwka tylko jak automat szurnąłem w lewo gdy tylko zapaliło się zielone. Nie zamyślaj się, chłopaku.

Za to dzisiaj ugotowałem dobrą zupę. Z ziemniaków, czterech gatunków fasoli i z papryki. Zupy są podobno dobre na takie upały.

sobota, 28 stycznia 2012

...Prognoza na życie...

Gośka wspina się na szczyty i rozpieprza wszystko, co się tylko da. A to wysypie czitosy z torebki pozostawionej lekkomyślnie na stole, a to rozwlecze całą rolkę woreczków śniadaniowych, a kiedy ją zwinę i włożę z powrotem do chlebaka, to kilka dni później rozwlecze ją jeszcze raz. A Śrubka tylko paczy z dezaprobatą.

Wczoraj Gośka zwaliła na podłogę stację meteo, skutecznie ją niszcząc. Widocznie nie odpowiadała jej prognoza pogody - skomentowała Karolina.

W kinie domowym było politycznie. Szpieg mnie trochę rozczarował albo ja za głupi jestem i nie chwytam niuansów tych wszystkich intryg. Natomiast Idy marcowe bardzo dobre, jak na polityczny amerykański dramat to nawet bardzo bardzo dobre, no i świetny duet Ryan Gosling - Philip Seymour Hoffman.

No i tak o. Spadam, bo jadę do Krakowa.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

...Ja, robot...

Szkolenie było fantastyczne. W dwa dni nauczyliśmy się paru niezłych sztuczek. I w środę, na koniec dnia, dało się zauważyć ogromną różnicę w końcowych wystąpieniach w porównaniu z tym, od czego zaczynaliśmy dzień wcześniej. Ja się na przykład nauczyłem, jak zajmować więcej miejsca w przestrzeni.


Poza tym czy coś ciekawego się wydarzyło? Kupiłem sobie fajny notes, w którym będę notował moje złote myśli. Jest piękny. Będę miał go przy sobie zawsze. Z takim notesem niechybnie zostanę wkrótcę Charlesem Bukowskim.

Niewiele brakowało, a nazajutrz byłoby po notesie, kiedy Gośka zrobiła rozpierduchę o poranku. Huk mnie zbudził w sobotę o świcie, aczkolwiek zanim zdążyłem pomyśleć, co się rozbiło, już spałem dalej. Dopiero przed południem odkryłem skalę zniszczeń. Tyle dobrego, że dzięki temu odkurzyłem całe mieszkanie, kupiłem nowe doniczki i zasadziłem bazylię oraz lawendę.

Niedzielę przespałem prawie całą.

18 stycznia mydło w płynie. Na ile wystarczy jedno napełnienie buteleczki z ikei?

A dzisiaj kulminacja problemów z ACTA. Rząd prawdopodobnie podpisze. Nie pamiętam, żebym się wcześniej tak angażował, wczytywał się, dociekał. Może dlatego, że po raz pierwszy problem dotyka mnie osobiście, że internet to pół mojego życia. A może dlatego że jakiś czas temu EMI zablokowało na jutubie mój film z latania, bo wykorzystałem kawałki, do których oni mają prawa autorskie. Dlatego krzyczę precz z systemem, precz z korporacjami i w ogóle nie ma mowy.

I przeżywam głęboki kryzys moich przekonań politycznych, bo o ile wszystkie dotychczasowe działania POlityków można było tłumaczyć kryzysem, brakami w budżecie i ogólnie trudną sytuacją we wszechświecie, o tyle wybieganie przed unijny szereg w sprawie ACTA to dla mnie ostateczne zabójstwo liberalnych wartości. Nie wiem, może liczą, że do następnych wyborów ludzie zapomną. Ja nie zapomnę, bo se zapisałem.

wtorek, 17 stycznia 2012

...Analyze this...

Uwielbiam mieć psychoterapeutę! Psychoterapeuta jest o tyle lepszy od najlepszej przyjaciółki, że w rozmowie z nim tylko ja mówię i tylko ja mam problemy, heh. Z kolei w rozmowie z najlepszą przyjaciółką można wymienić się problemami i znaleźć pociechę, że nie ja jeden się borykam z życiem :)

Poza psychoanalizą analizujemy też dziś i jutro nasze wystąpienia publiczne. To znaczy w robocie. Wysłali nas na szkolenie ze sztuki prezentacji i jest zajebiście. Najważniejsze, czego się dziś dowiedziałem, gdy mię sfilmowali: nie, to nie jest stary spaghetti western w telewizorze marki Jowisz, gdzie początek i koniec filmu był taki wyciągnięty z racji dopasowania ekranu kinowego do telewizyjnego; ja naprawdę jestem taki chudy.

W związku z tym zjadłem na obiad zupę i drugie danie oraz sernik na deser, a przed chwilą sześć kanapek na kolację. W prezencie urodzinowym chętnie przyjmę wagę łazienkową, aby kontrolować codziennie przyrost masy. Plan na koniec roku: sześćdziesiąt pięć? Czy dziesięcioprocentowy przyrost jest osiągalny?

W ramach zmiany stylu życia poszedłem dziś na półgodzinny spacer. Ok, prawda, że przyjechałem za wcześnie do psycho, ale równie dobrze mogłem te pół godziny spędzić w aucie i grać w kwadraciki. A zamiast tego poszedłem se na Saską Kępę i zachwyciłem się odmienioną panoramą ronda Waszyngtona, gdy się wyjdzie z Francuskiej. Ten Stadion Narodowy naprawdę nam wyszedł i naprawdę odmienił Warszawę.

niedziela, 15 stycznia 2012

...Kara za przekroczenie granicy wolności...

Zapłaciłem mandat sto złotych, a nie przyznawszy się, kto prowadził wtenczas auto, uniknąłem punktów karnych. Powiedziałem, co myślę o karaniu mandatem za parkowanie w osiedlowych uliczkach, a oni na to, że nie mieli wyjścia, bo to było zgłoszenie sąsiada.

Od jakiegoś czasu odczuwam bóle w klatce piersiowej. Jakieś nerwobóle, nerwice, napięcie wewnętrzne. Trwa to już kilka tygodni, ale nie aż tyle, żeby powiedzieć kilka miesięcy. Odczuwam je raczej na granicy fizyczności, no chyba że się odwracam przy cofaniu auta, to wtedy ten skręt kiszek przywołuje też ból w mostku.

Wczoraj spadł śnieg i jest to pierwszy śnieg w tym sezonie, który zmusił mnie do odśnieżania auta. Dobrze, że zawczasu kupiłem sobie zmiotkę do zmiatania.

Weekend był towarzyski, towarzysze przyjechali i zamieszkali na weekend. Gdyby mnie ktoś co rano robił takie śniadania, jakie robiłem towarzyszom. Albo gdyby mnie się chciało robić sobie takie śniadania.

Słuchałem sobie Całej Jaskrawości w aucie. Audiobuk, czyta Daniel Olbrychski. Nie tylko piękna książka, piękne również czytanie, choć czasem może acz nazbyt aktorskie. Tak czy siak miło sobie przypomnieć, a pewne rzeczy odkryć dla siebie na nowo. Jeszcze nie raz pewnie posłucham.

Jak powiedziała Karolina wczoraj: dopiero styczeń, a już najgorszy film roku. Drive Angry z Nicholasem Cagem, pozycja obowiązkowa dla fanów Nicka, po której jeszcze bardziej niejasne stają się kryteria, którymi kieruje się wyborem scenariuszy.

A z fajnych filmów to obowiązkowo Restless. Piękna i wzruszająca historia, piękne zdjęcia, trochę taki Garden State na smutno.